Cómo estás? Kolumbijska lekcja produkcji.

Tym razem mam dla Was coś specjalnego. W tym wpisie będziecie mogli poznać niezwykłą historię Dawida Likosa z bloga Spacer po Leanie. Bo w końcu kto z nas miał okazję popracować i pousprawniać produkcję w Kolumbii? 😉

Historia jest na prawdę ciekawa, mam nadzieję że spodoba się Wam tak jak mi się spodobała. Nie zapomnijcie też zajrzeć do Dawida po więcej ciekawych treści 🙂 Pamiętajcie też że jeśli chcialibyście podzielić się swoją historią, sukcesem lub po prostu nieść dobre słowo o Lean odezwijcie się do mnie. Póki co Enjoy!

W moim życiu miałem dwa duże gamechangery.

Wydarzenia które postawiły na głowie wszystko co wiedziałem o świecie i o sobie. Jednym z nich była samotna podróż po Portugalii i Hiszpanii – Camino Portugues. Drugim, kontrakt i praca w Kolumbii.

Tytuł to „kolumbijska lekcja produkcji” ale była to również lekcja o ludziach i życiu. Rozmawialiśmy z Magdą o naszych blogach i wpisach. Stąd narodził się pomysł opisania w pigułce tego etapu mojego życia.

Jak to się zaczęło.

Chciałem budować drogi i autostrady. Uczyłem się zarządzać przestrzenią miejską. Jeden z wykładowców z którym bliżej współpracowałem poradził mi, że warto abym zainteresował się projektami i uzyskał kilka certyfikatów. Zdobyłem Prince2 (którego w pełni nie użyłem do dzisiaj), skończyłem podyplomówkę z projektów na Uniwersytecie Warszawskim i zacząłem szukać pracy. Znalazłem ogłoszenie jednej z firm w pobliskim parku technologicznym. Szukali młodych osób, najlepiej świeżo upieczonych absolwentów. Chcieli ich wyszkolić, pokazać kulisy pracy dużej organizacji i puścić w świat. Docelowo jedna osoba miała wylądować w Kolumbii, druga w Wietnamie.

Poszedłem na rozmowę i tydzień później wdychałem zapach świeżo palonej kawy. Przeszedłem drogę od pracownika fizycznego (panowie na zasypie, szacun za waszą pracę), przez magazyniera i dział Utrzymania Ruchu. Po 3 miesiącach jeden ze starszych pracowników (Paweł, dzięki za wszystko!) poklepał mnie po ramieniu i powiedział, że niedługo będą dziać się ciekawe rzeczy. Tego samego dnia zostałem wezwany do gabinetu Prezesa. Po krótkim opisaniu sytuacji padło pytanie – Panie Dawidzie, czy chce Pan lecieć do Kolumbii? Wylot za dwa tygodnie. Chcę.

Życie.

Nie dawaj papai. Tą radę dostaje każdy gość przyjeżdżający do Kolumbii. Nie dawać papai to znaczy nie dawać nikomu powodu do napadu. Dlatego, zaraz po wylądowaniu, telefon schowałem głęboko do plecaka, a zegarek do kieszeni. O bezpieczeństwie w Kolumbii, a raczej jej braku mówią wiele złych rzeczy. Część z nich z pewnością jest prawdą, jednak ja nigdy nie dostałem powodów by dołączyć do tego grona. Kolumbia jest jak żywioł, jeśli masz głowę na karku i z nim nie igrasz, wszystko będzie dobrze.

Kilka razy jednak spojrzałem w oczy temu żywiołowi. Jako gringo, w dodatku blond, przyciągałem uwagę mieszkańców. W większości budziłem pozytywne reakcje, przechodnie chcieli sobie robić ze mną zdjęcie. Jednak kilka razy zmroziło mi krew w żyłach. Pamiętam sytuację która miała miejsce gdy wracałem z pracy. Jechaliśmy w kilku przez niezbyt przyjazną dzielnicę, zatrzymaliśmy się na pasach aby puścić pieszych. Jeden z nich zatrzymał się, spojrzał na nas i wycelował palcami imitując pistolet. Udał, że strzela. Pamiętam też jak podczas lekcji hiszpańskiego usłyszałem strzelaninę na ulicy, tuż pod moim balkonem. Gabriel, mój nauczyciel powiedział, że to normalne ponieważ w miejscu w który mieszkam przechodzi linia pomiędzy dwoma oddzielnymi gangami. Zabawne jest to, że kilka chwil temu rozmawialiśmy o „Narcos”. Kolumbijczycy nie lubią tego serialu bo przedstawia nieprawdziwą Kolumbię. Wciąż kochają Pablo Escobara. Najbardziej można to odczuć w Medellín.

Podczas mojego pobytu, Kolumbia była oficjalnie w stanie wojny domowej. I choć raz na jakiś czas można było w rozmowach wyłapać nazwę – FARC (Fuerzas Armadas Revolucionarias de Colombia czyli Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii), to prócz tu i ówdzie stacjonującego wojska, nie było żadnych sygnałów zdradzających stan rzeczy. Co ciekawe, zwyczajem było pokazywanie kciuka w górę patrolom strzegącym mostów, tak odróżniali mieszkańców od terrorystów z FARC.

Wyspa San Andrés. Strona Karaibów, której nie pokazują w biurach podróży.

Praca w Kolumbii ma swój klimat.

Życie jest inne, bardziej szalone ale w inny sposób niż w Europie Zachodniej. Czas jako taki nie istnieje, a już na pewno nie jest wartością obiektywną. Jeśli tego nie pojmiesz będziesz dostawał tą lekcję za każdym razem gdy z kimś umówisz się na konkretną godzinę. Przegrasz jeśli wsiąkniesz w ten klimat, tak jak np. jeden z zakładów koncernu Mondelēz, który przyjął w stu procentach kolumbijski rytm pracy. Narzucenie swojego punktu widzenia i stylu również jest niemożliwe. Jedyną słuszną drogą jest życie w symbiozie i wspólna nauka.

Czytałem, że europejska młodzież zarządza swoim życiem na zasadzie eventów – być o tej i o tej w określonym miejscu aby coś przeżyć. W Kolumbii jest inaczej, tam trzeba rzucić się w wir wydarzeń. Zbytnia kontrola jest bezużyteczna. Rozkład jazdy autobusów jest płynny. W większości sytuacji zegarek będzie Ci zbędny. Z kolei gdy zamawiasz pizzę wegetariańską i tak przynoszą Ci z mięsem, bo „przecież bez mięsa to bez sensu”.

Kolumbia to kraj kontrastów. Nie ma tam silnie rozwiniętej klasy średniej w naszym europejskim rozumieniu. Tam jesteś albo bogaty albo biedny. Jeśli ktokolwiek zdecyduje się na zostanie taksówkarzem, podejmuje tym samym decyzję życia. Zadłużenie związane z licencją i zakupem auta blokuje swobodę na wiele, wiele lat. Lokalne produkty są wyjątkowo tanie, np. owoce morza lub mięso. Dobry jakościowo stek w restauracji to koszt około 12 zł. Z kolei wszystkie importowane dobra takie jak piwo, sery i czekolady mają zaporowe ceny. No i owoce, te są najlepsze na świecie. Nigdy nie jadłem tak dobrych pomarańczy.

Praca.

Dużym problemem jest przemyt i produkcja narkotyków. Z tego powodu wszystkie firmy produkcyjne muszą spełniać dodatkowe standardy. Zona (ichniejsza strefa ekonomiczna) prowadzi dokładne rachunki komponentów, które wjeżdżają na jej teren oraz produktów gotowych wyjeżdżających na zewnątrz. W razie przekroczeń trzeba się gęsto tłumaczyć. Z taką sytuacją też musieliśmy się zmierzyć. Priorytetem zawsze był klient, a produkt oprócz spełnienia warunków wagowych na opakowaniu musiał również wyglądać dobrze na półce. Dlatego zdarzało się, że produkt ważył więcej niż zadeklarowaliśmy. Nie zawsze również dostawaliśmy dokładnie to co zamawialiśmy. Z tego powodu bardzo często składaliśmy wyjaśnienia w biurze Zony.

Droga do Buenaventury. Jeszcze nie wiedziałem co mnie czeka.

Działania policji antynarkotykowej spowodowały, że musiałem pojechać do strategicznego portu znajdującego się w miejscowości o wdzięcznej nazwie Buenaventura (Dobra Przygoda). Sama trasa była niezłym wyzwaniem i daleko jej było do dobrej przygody. Droga nie zawsze była pokryta asfaltem, a częste zwężenia wydłużały trasę. Dodajmy do tego osuwiska ziemi (przez jeden taki wypadek nie dostaliśmy komponentów na czas) oraz Chevroleta Aveo mającego już najlepsze lata za sobą. Na miejscu prócz standardowego już wyłudzenia łapówki czekało na mnie jednak najlepsze danie jakie jadłem. Było to Cazuela De Mariscos czyli zupa z lokalnych owoców morza.

Wilgotność w porcie była tak duża, że człowiek nawet nic nie robiąc pocił się i z trudem oddychał. Tym większy szacunek wzbudzał widok pracowników portu. Ubrani w robocze drelichy nie robili sobie wiele z wysokiej temperatury i wykonywali ciężką, fizyczną pracę. Przejeżdżałem przez „osiedle” gdzie, jak się dowiedziałem, żyła większość tych pracowników. Ciężko mi to nawet skomentować ale człowiek docenia, że żyje tu gdzie żyje i ma to co ma. Niestety nie zrobiłem zdjęcia, nie przyszło mi to nawet na myśl.

Kolumbijczycy to urodzeni gracze zespołowi, wcześniej nie miałem okazji pracować wśród tak zgranych ekip. Przyjemnie było razem pracować, jeść posiłki i rozwiązywać problemy. A tych ostatnich mieliśmy całkiem sporo. Pracowaliśmy ramię w ramię nad usprawnieniami linii produkcyjnej. Mówi się, że Lean to tak naprawdę zdrowy rozsądek. Coś w tym jest. Mając dosyć dużą dowolność w działaniach, eliminowaliśmy marnotrawstwa raz za razem. Bardzo szybko zainstalowaliśmy tablicę HbH (hour by hour) gdzie co godzinę się pojawiałem wraz z liderem aby sprawdzić wynik i rozwiązywać problemy. Nie wiedzieliśmy nawet, że tak trzeba, wydawało nam się to logiczne. Po jakimś czasie dołączyliśmy poranną odprawę dla całej fabryki. Zgłaszaliśmy problemy i od razu braliśmy się za ich rozwiązywanie. Naturalnym i logicznym krokiem (nie znając metodologii) wydawało nam się również dostarczanie komponentów w dokładnej ilości i czasie jaki potrzebowała produkcja. W jedno popołudnie ustawiliśmy również ten proces i działał wyśmienicie.

Razem pracujemy nad usprawnieniem linii. Tutaj widać pneumatyczny
dociskacz wieczka. Wcześniej robiliśmy to ręcznie.

Pracując w krajach latynoskich nie ma szans na to abyś poczuł nudę. Każdy dzień to osobna historia i anegdota. Pewnego razu zadzwoniła do nas żona najbardziej wykfalifikowanego mechanika w całym zakładzie. Mina mojego szefa zdradzała z jednej strony zaskoczenie, z drugiej rozbawienie. Okazało się, że mechanikowi przyśnił się anioł i zakazał mu przychodzić do pracy. Innym razem przeprowadzaliśmy rekrutację na kierownika produkcji. Ogłoszenie spotkało się z dużym zainteresowaniem. Co nas bardzo zaskoczyło ale tez i rozbawiło to fakt, że bardzo popularne jest dołączanie do standardowego CV rekomendacji członków rodziny. I tak mogliśmy przeczytać, że nasz kandydat jest bardzo pomocny i nigdy się nie spóźnia (rekomendacja mamy). W bankach z kolei możesz zauważyć pracowników którzy pełnią funkcje organizacyjne, mianowicie naciskają za ciebie przycisk aby pobrać numerek. Ciężko w to uwierzyć ale takie są realia.

Skorpiony na terenie zakładu to nic nadzwyczajnego. Trzeba się pilnować.
Porządne buty to podstawa.

Zakończenie.

Realizm Magiczny to nurt w literaturze, bardzo popularny w Ameryce Południowej. Jego znakiem rozpoznawczym jest to, że opisywana rzeczywistość miesza się fantastycznymi elementami, które traktowane są jako logiczne. Mówię o tym bo ma to dużo wspólnego z tamtejszym życiem. Codziennie czułem się jak bohater właśnie takiej książki, Kolumbia jest przesiąknięta magią do cna.

Jeśli będziecie mieli okazję przeżyć to na własnej skórze – nie wahajcie się i wskakujcie w ten nurt. Gwarantuję, że wrócicie odmienieni.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *